Pani Dyrektor Bożenna Sadkowska

Pani Dyrektor Bożenna Sadkowska

ŻYJ NIESZABLONOWO!

To cykl spotkań z naszymi uczniami, może niebawem także nauczycielami oraz pracownikami KOSM. Tymi, którzy inaczej stawiają żagle, gdy nie mogą płynąć z wiatrem. Tymi, którzy prawdziwie kochają życie, robią coś więcej niż nakazują im codzienne obowiązki. Spełniają się, ale wykazują się też empatią i miłością do drugiego człowieka. Zmieniają świat, pokonują siebie, swoje słabości, ograniczenia. Uszczęśliwiają tych, których Bóg stawia na ich drodze…

Każdy odcinek to nowa opowieść o bohaterce lub bohaterze z kosmicznego grona Katedralnych.

 

Agnieszka OsesPani Dyrektor, „Żyj nieszablonowo” – to nasz nowy sposób patrzenia na ludzi w Katedralnej, którzy mają szereg rozmaitych pasji. Pani doskonale się w ten cykl wkomponowuje. Jak Pani myśli, dlaczego?

 

Bożenna Sadkowska – No, taka się urodziłam (śmiech). Chyba. Gdy byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowej, zachorowałam na anginę. Miałam wysoką temperaturę. Wieczorem siedziała ze mną mama, coś mi opowiadała, a ja – z powodu gorączki – majaczyłam. Ona chciała mnie jakoś zająć, odwrócić moją uwagę od choroby i zapytała mnie, kim chciałabym być. Ja odpowiedziałam jej wtedy, że będę nauczycielką, że chcę pracować z dziećmi. Moja babcia pracowała w przedszkolu, moja mama pracowała w przedszkolu. I tak się stało i ze mną.

         Rzeczywiście pierwszą moją pasją są i byli od zawsze – ludzie. Lubię być z ludźmi, lubię rozmawiać. Co niektórzy mi wypominają, że tak trudno się „wcisnąć”, kiedy coś mówię… (śmiech). Lubię rozmawiać z ludźmi, lubię być z nimi, lubię obdarowywać ich prezentami, staram się zrozumieć ich problemy i – teraz może się tak pochwalę – ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że pomagam ludziom.

Gdy mam ciężkie chwile, niedobre, staram się – zwłaszcza, gdy ktoś mi zrobi jakąś przykrość – przypomnieć sobie ludzi, którym pomogłam bezinteresownie. Pomogłam w sensie finansowym, mentalnym, coś zrobiłam dla innych… Lubię to uczucie.

Pracę z dziećmi – choć nie jestem typowym nauczycielem, jestem pedagogiem – ale pracę z dziećmi wybrałam świadomie. Choć na studiach – w pewnym momencie – przymierzałam się do dorosłych ludzi, ale jednak potem życie rzuciło mnie do szkoły podstawowej. No i tak zostałam z dziećmi. Myślę, że dobrze się stało.

Różnych miałam uczniów, z różnymi młodymi ludźmi miałam do czynienia. Nikt mi nigdy nie porysował samochodu, nie wybił szyby, spotykam takich dorosłych już drani, których musiałam w przeszłości wyciągać na przykład z komisariatu, byłych uczniów z daleka wołających dzisiaj: dzień dobry. Niekiedy tylko robi się przykro, gdy mijamy się na ulicy z uczennicą – wzorową – z szóstkami od góry do dołu – a ona nie poznaje mnie… A ci „szemrani” – z którymi bywało trudno – z daleka pozdrawiają, przyznają się.

         Potem się pojawiły moje własne dzieci, moje wnuki. One także wpisały się w tę fascynację ludźmi. Uważam, że dla każdej babci wnuki powinny być najważniejsze na świecie i w moim przypadku tak jest.

Starałam się nie zapominać o tym, co jeszcze chciałabym w życiu robić. Długo pasjonowało mnie harcerstwo. Zaczęłam od zastępowej, drużynowej. W harcerstwie miałam stopień harcmistrza. I jeszcze po studiach – pierwsza moja praca zawodowa – miała miejsce w Komendzie Chorągwi ZHP. Tak się złożyło. Harcerstwu wiele poświęciłam. Męża w nim poznałam (śmiech). Także trochę się opłacało (uśmiech). Organizowałam obozy wędrowne, stacjonarne, rajdy. Mnóstwo przeżyć. Piosenki rajdowe nuciłam po cichutku, bo nigdy głośno raczej nie mogłam śpiewać.

         A później zaczęło się dorosłe życie. Tak się złożyło, że mój mąż jest też taką niespokojną duszą. Wziął mnie pierwszy raz na żagle. Wyjechaliśmy na Mazury. Ja nie byłam przygotowana – to był mój debiut na żaglówce. Jedno dziecko miało 5 lat, drugie 7. Popłynęliśmy na łódce Orion – jak ktoś się orientuje – to taka skorupka malutka bez koszy, bez żadnych zabezpieczeń. Przepłynęliśmy całe Mazury, a lato było mocno wietrzne, w związku z tym dostałam strasznie w kość. Gdy wypłynęliśmy na Mamry, miałam założony kapok, pomyślałam sobie, że drugą kamizelkę założę sobie na nogi. Złamaliśmy maszt, siniaki, przeżyć bez liku. Poczułam respekt przed wodą, ale też i miłość do niej. I tak co roku inna łódka, lepsza. Na tych łódkach spędziłam dwadzieścia parę lat. Każde wakacje to było żeglowanie. Dwa razy byłam na morzu, ale zdecydowanie wybieram śródlądowe pływanie.

         Zawsze, gdy pakowałam się na wodną wyprawę, myślałam: „Po co ty znowu tam jedziesz, znowu cię będzie huśtać”. Do tego dzieci. Oprócz moich córek towarzyszyło nam często trzecie dziecko (które normalnie nie pływałoby), bo na łódce mogło nas być pięcioro. Kilka razy był to kuzyn męża, przyjaciółka Marty. Te wątpliwości jednak – od chwili, kiedy znowu poczułam bujanie – odpływały. Czułam, że jestem u siebie. Spokój, wiatr, adrenalina, sznurki… Nigdy nie nauczyłam się porządnie sterować. Chyba bałam się wziąć odpowiedzialność za tych, którzy byli na łódce. W związku z tym mój mąż – który jest dobrym żeglarzem – siedział przy sterze, a ja byłam tą od roboty. Potem, gdy dzieci podrosły, kiedy zabierały swoich chłopaków na łódkę – miałam coraz mniej pracy fizycznej. Wtedy moim ulubionym zajęciem było siedzenie na dziobie i obserwowanie wody. To coś pięknego. Woda leczy, leczy umysł.

A.O. – Jak na Titanicu

B.S. – Jak na Titanicu, tak (śmiech). Zawsze, gdy ktoś chciał pobyć na dziobie, mawiał: – „Matka znowu tam siedzi”. Uwielbiałam to miejsce, żadne przechyły tam na mnie nie działały. Raz moczyła się moja prawa noga, raz lewa…

A.O. – Jakie to uczucie tam siedzieć? Wiatr we włosach?

B.S. – Wiatr we włosach. Woda. Ten dziób pruje, fale. Cudownie… Potrafię pływać, gdy zaczęłam żeglować, zapisałam się na basen, podkształciłam się w pływaniu. Moje dzieci też dobrze pływają. W związku z tym jeden lęk odpadł. Nie powiem, że się nie bałam. Wciąż czuję respekt przed wodą, (nawet gdy płynęłam promem do Szwecji). Na Mazurach pływaliśmy z klubem żeglarskim. Wieczorami szanty, pogaduszki nocne. Wspaniałe wakacje. W związku z tym, że mój mąż uczył w wyższej szkole, ja w szkole – mieliśmy dłuższe wakacje. Jedną ich część zawsze spędzaliśmy na żaglach, a drugą w Bieszczadach.

To druga moja miłość. Kocham je. Na Połoninie Caryńskiej czułam się jak w niebie. Ona w pewnym miejscu jest taka wąziutka. Jest tam taka ścieżka, nic stamtąd nie widać, prócz nieba. Jest dużo mniejsza od Połoniny Wetlińskiej – która jest szlakiem całodziennym, długim, ze schroniskiem na końcu. W chwilach wszelkich życiowych smutków, które mnie nie omijają – mogłabym biec na Połoninę Caryńską, by je tam ukoić.

A.O. – Czy w Bieszczadach inaczej widać niebo?

B.S. – Inaczej. Czuje się też inny wiatr. Jakby zmieszany był z jakimś olejkiem, jest taki wilgotny…

A.O. – Muślinowy?

B.S.: Muślinowy. Do tego obecna tam wysoka trawa, która – kołysana tym muślinowym wietrzykiem – zmienia kolor w słońcu. Niezwykłe. Na każdym stoku inna barwa. Coś pięknego. Dla sportu wbiegaliśmy na Tarnicę od Wołosatego. Schodziliśmy do Ustrzyk innym szlakiem. Na Tarnicy jest siodło (tarnita to z rumuńskiego znaczy dosłownie siodło, przełęcz). Ci, którzy są tu pierwszy raz, myślą, że to kres wyprawy. A tam trzeba jeszcze tak ostro podejść pod górę, by zdobyć szczyt. Już jesteś w siodle, a tymczasem jeszcze kawał drogi trzeba pokonać, by osiągnąć cel. Nie spotkałam nigdy niedźwiedzia ani wilka, choć wiem, że tam żyją.

Przez te ponad 20 lat Bieszczady skradły moje serce bez litości. Od kilku lat mnie tam nie było, cały czas mam nadzieję, że wrócimy. Ileż razy – podobnie jak miałam z żaglami – szczególnie, gdy żar lał się z nieba, kiedy było mi ciężko się wspinać, niewygodnie, pot ze mnie płynął – zadawałam sobie pytanie: – Po co to wszystko? Ale chyba to jest to, nikt mi nie kazał, sama chciałam. Tym zaraziliśmy też wędrujące z nami dzieci, choć nie od początku rozumiały sens wędrówek.

W plecaku butelka wody, gorzka czekolada, jabłuszko i bułeczka – dla zdrowotności. Po zejściu z gór – uczta – kurczaki, frytki – zawsze to nas bawiło. Zdrowotność kończyła się zaraz po powrocie ze szczytów. W Ustrzykach Górnych – z samego rana – biegłam do GOPR-u i pytałam, czy będzie burza. Spotkała nas czasem na żaglach i podczas wspinania. Nie jest to przyjemne, ale ustawia człowieka…

A.O. – Taka lekcja pokory?

B.S. – Taka lekcja pokory. Ostrzeżenie. Nie wszystko ci się może udać, uważaj…

A.O. – Mamy więc ludzi, żagle, góry…

B.S. – Jeszcze takie szaleństwo. Nie wiem, czy powinnam się do tego przyznawać. Namiętnie grałam w brydża. Mąż mnie nauczył. Był taki kilkuletni okres, gdzie 2-3 razy w tygodniu graliśmy do czwartej nad ranem z przyjaciółmi. Było to wyczerpujące, rano trzeba było iść do pracy. Ale to była walka. Dzisiaj rzadko ludzie grywają w brydża. Mąż mówi, że kultura ginie w narodzie.

I to właśnie znów mój mąż i trochę córka podsunęli mi pomysł jazdy na nartach. Pojechałam. Pierwszego dnia zaczęło się totalnie źle. Niedopasowane narty, niedobrane buty, pożyczone od córki koleżanki, Mój przyszły zięć uczył mnie – miałam wtedy około 300 upadków. Co stanęłam na nogach, to się przewracałam. Poszłam potem do górala, dopasował mi sprzęt, źle wyrażając się o tym, który posiadałam. Byliśmy z grupą znajomych, którzy martwili się, że – jeśli nie będę jeździła na nartach – to zatruję im życie. Ale zawzięłam się strasznie. Jeździłam sobie na małej górce. W końcu mogłam podjechać wyciągiem talerzowym i wtedy góral obsługujący ten wyciąg zapytał: – „Pani! To pani jest ta, co się wczoraj tak obalała?” Odparłam, że to właśnie ja. Wtedy on dodał: – „To jedź sobie, kobieto, za darmo” – śmiech.

I tak zaczęła się moja przygoda z nartami. Trzeciego dnia zjeżdżałam z Szymoszkowej. Po dwóch tygodniach od powrotu z Zakopanego pojechaliśmy do Czech i tam szusowaliśmy. Tak się zaczęło – raz, dwa razy w roku, planowaliśmy wyjazd na narty. Nie jestem świetnym narciarzem, mam swój styl. Przeczytałam kiedyś w podręczniku narciarskim, że powinno się jeździć tak, aby na stoku sobie nie zrobić krzywdy i drugiemu. Mieliśmy przyjaciela po AWF-ie. On chciał mnie bardzo profesjonalnie przygotować do uprawiania tego sportu, ale dla mnie liczyły się przede wszystkim te dwie zasady. Nie skupiam się na wyglądzie mojej sylwetki w czasie jazdy, może nie jest najlepsza, ale wcale mi to nie przeszkadza. Mam na swoim koncie przejazdy kilkoma czarnymi trasami, gdy poczułam się pewniej. Trochę z głupoty to chyba wynikało… Najczęściej były to szlaki niebieskie i czerwone. Byłam na lodowcach. Odwiedzałam Włochy, Szwajcarię, najczęściej Austrię, w Polsce Szczyrk. Najprzyjemniejszy był wyjazd z wnukami. Co prawda, zrozumiałam wtedy, że mimo swoich umiejętności – w porównaniu z dziećmi – jestem wolniejsza. Oni pognali w dół i tyle ich widziałam. Narty podobają mi się z jednego ważnego powodu. One zmuszają jedynie do myślenia o tym, co się robi. Do skupienia się na tej jednej czynności, reszta spraw odchodzi na dalszy plan. To rewelacyjne lekarstwo dla emocji, dla głowy. Odcinają człowieka od bieżących bolączek życia. A gdy wracałam do hotelu, byłam z kolei tak zmęczona, że już nie miałam siły, nie chciało mi się, myśleć.

A.O. – Mamy więc ludzi, harcerstwo, żagle, góry, narty. Czy jeszcze jakieś odsłony nieszablonowego życia odkrywa Pani u siebie?

B.S. – Jestem jeszcze robótkową wariatką. Kiedyś zastanawiałam się, ile tysięcy kilometrów włóczki przerobiłam. Nie mam pojęcia. Uspokaja mnie to, wycisza, a z moim ADHD to niezwykle cenne hobby. Nauczyłam się też szydełkować serwetki. Miewam takie okresy, że wykonuję wiele serwetek i je potem rozdaję, bo na co mi tyle ich, prawda? Na początku marcowej pandemii wiele ich zrobiłam, czekają w pudełku. Będę je wręczała jako prezenciki świąteczne moim koleżankom. Teraz wykonuję mniej skomplikowane rzeczy, ale kiedy pracowałam jako nauczyciel, trafiła mi się osoba, która miała taki salon rękodzieła artystycznego w Niemczech. Wpadłam kiedyś na jej ogłoszenie. Przygotowywałam dla niej wymyślne swetry. W Polsce nie mieliśmy takich włóczek, jakie ona przywoziła. Ja – biedny nauczyciel – za jeden sweter – dostawałam od niej równowartość mojej miesięcznej pensji, czasem przygotowywałam 3 lub 4 zamówienia w miesiącu. Zdaje się, że na tych swetrach wzbogaciła się ta moja pani również, bo otworzyła galerię z obrazami, ale malować już nie umiałam (śmiech). Trwało to kilka miesięcy. Odkładałam te pieniądze przede wszystkim na wakacje. Wakacje na bogato. Wspominam to zawsze z uśmiechem.

Tak to było. Zastanawiam się, czy moje życie było ciekawe…

A.O. – Ono jest szalenie ciekawe!

B.S. – Gdy skończyłam 50 lat, dostałam książkę po angielsku – całe życie uczę się tego języka i całe życie go nie umiem; potrafię się dogadać, ale cuda to nie są. Ta książka nosiła tytuł; Życie zaczyna się po pięćdziesiątce. Owszem, ale inne życie. Nie jest tak cudownie. Człowiek jest wolniejszy, pojawiają się inne problemy. Gdy miałam 37 lat, zostałam dyrektorem szkoły. Musiałam stale czegoś pilnować, paluszek przywykł do komenderowania. Teraz czuję się inaczej. Zauważam, że ludzie młodzi źle traktują ludzi starszych. Jest mi przykro, kiedy czasem ktoś traktuje mnie, jakbym była taką trąbą – która nic nie wie, niczego nie zrobiła. I tak sobie po cichu myślę: „Nic o mnie nie wiesz. A co ty zrobiłeś w życiu? Co ja wiem, a co ty wiesz”? Brakuje mi okazanego szacunku, ale również zrozumienia, że ludzie starzy też byli kiedyś młodzi. Kiedyś w sklepie stała przede mną młoda dziewczyna – o urodzie księżniczki Barby, przy kasie natomiast staruszka, której trzęsły się ręce, kiedy wyjmowała z portmonetki pieniądze. I nagle usłyszałam, jak ta dziewczyna mówi: – „Babciu, mogłaś sobie wcześniej te pieniądze przygotować”. Zrobiłam jej karczemną awanturę za niegrzeczne potraktowanie tej kobiety. Wyszłam ze sklepu, starsza pani czekała na mnie. Ja już wtedy nie byłam taka młodziutka, a ona nazwała mnie dzieckiem i szczerze podziękowała. Było mi wtedy z jednej strony przyjemnie, z drugiej smutno. Ta pasja do ludzi cały czas we mnie jest, ale coraz mocniej odczuwam przykrości, które mnie spotykają. Kiedyś łatwiej było mi wytłumaczyć, zrozumieć czyjeś niewłaściwe zachowania, ale z wiekiem… jakoś trudniej. Moim wnukom staram się tłumaczyć, że starszy człowiek ma prawo do wielu rzeczy, nawet do szaleństwa.

A.O. – To niezwykle istotne, by otwierać młodych na starsze pokolenie, a z drugiej strony starszych przekonywać, że mają prawo uczyć się nowych rzeczy, rozwijać swoje zainteresowania, spełniać marzenia, na przykład na Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Pani Dyrektor, za jakim światem powinni podążać młodzi, co by im Pani doradziła?

B.S. – Bernard Shaw powiedział kiedyś, że „mielibyśmy cudowne dzieci, jeśli nasi rodzice zostaliby dobrze wychowani”. Ja całe życie stawiałam na rodzinę i uważam, że rodzina jest tą grupą ludzi, która ma najwięcej do zrobienia. Wydaje mi się, że jeśli ona jest stabilna, silna, kochająca się; jeżeli dziecko od małego czuje się w niej bezpiecznie, to z wieloma – nie ze wszystkim – ale z wieloma życiowymi trudnościami sobie poradzi. Inaczej jest, gdy rodzina rozbija się, kiedy brakuje wspólnych rodzinnych wyjazdów na wakacje, wspólnych spacerów i rozmów, a przecież brakuje ich bardzo – podczas gdy stresu, gonitwy i trosk codziennych los nam nie oszczędza. Bliscy sobie ludzie powinni być dla siebie lepsi, dobrzy. Powinni dbać o wzajemne relacje. Niedawno – przed pandemią – byłam na weselu. Widziałam wielu młodych ludzi, dobrze sytuowanych, nieźle zarabiających. Chodzili, rozmawiali, ale w ogóle prawie nie tańczyli, nie bawili się. Byli smutni. Nie żartowali, nie dostrzegłam wśród nich weselnego szaleństwa, a uważam, że od tego jest weselna zabawa. Dlatego tak wiele zależy od wychowania, od tego, jak młodzi zostaną przygotowani do wejścia w dorosłość. Patrząc na nich, dostrzegam w ich sercach spore pokłady egoizmu. A z drugiej strony zabiegani dorośli nie zawsze mogą poświęcić im czas, bo biegną, bo pracują, bo martwią się o byt. Brakuje czasu na wychowanie – które jest sztuką i trudną pracą. Każdy ma problem z dzieckiem. Rodzicielstwo takie jest. Jeśli czasem rodzic twierdzi, że nie ma problemu z dzieckiem, to znaczy, że nic o nim nie wie. Wszyscy mamy problemy. Mamy cudowne dzieci, ale swoje przeżyliśmy. Pewnie nieraz zatrwożyliśmy się, przestraszyliśmy, zdenerwowaliśmy… Innej drogi nie ma. Trzeba sobie z tym radzić.

Z jednej strony świat stoi przed młodymi otworem, a z drugiej trudniej im jest odnaleźć siebie i właściwą ścieżkę życia. Chciałabym, by niezłomnie szukali swoich dróg, dążyli do szczęścia.

A.O. – Pani Dyrektor, mówiła Pani o wnukach, że to Pani oczko w głowie. Jakiego życia chciałaby Pani dla nich, i dla naszych uczniów z Katedralnej – bo to także w pewnym sensie Pani dzieci?

B.S. – Ogólnie mówiąc – dobrego. Teraz chciałabym, by pandemia jak najszybciej została zwyciężona, by nie było kolejnych. Na pewno chciałabym świat, w którym ludzie będą mogli realizować siebie, żeby poza pracą, nauką, mieli coś dla siebie. Nawet niektórzy nauczyciele tego nie rozumieją, że dziecko nie może się cały czas uczyć, że musi szukać swoich pasji. Nieważne, czy zostanie profesorem kiedyś, czy wybitnym lekarzem, czy ekspedientką. To nie jest takie istotne. Ale żeby było człowiekiem. Mnie przeraża ten świat z filmów science fiction – w kombinezonach, z dziwną bronią, martwą ziemią. Nie chciałabym takiego świata, ale tego, w którym chodzenie po górach, pływanie po jeziorach, piesze wędrowanie, rozmowy z ludźmi, z przyjaciółmi – są naturalne i normalne. I tego życzę dzieciom – tym rodzonym i tym nierodzonym (niektórzy mnie jak babcię szkolną traktują, a ja się z tego cieszę), by mieli drugiego człowieka obok siebie. By mogli się do niego przytulić, zaufać mu, rozmawiać, być wysłuchanym. Nie możemy globalnie zmienić świata, ale tę swoją cząstkę możemy lepić sami, na nią mamy wpływ. I tak sobie powiedzieć: – Od poniedziałku zaczynam się uśmiechać, mimo że mam problemy, ale pobędę z innymi, porozmawiam i naprawdę jest lepiej.

A jeszcze przypomniało mi się, że Bieszczady zamieniłam trochę na wrzosowiska. Lubię łazić po nich.

A.O. – I nie powiedziała Pani o swoich psach…

B.S.: Śmiech. Całe życie miałam psa. Różne – kundle, nie kundle, od małego. Mój tata był psiarzem. Potem w swoim dorosłym życiu miałam dwa owczarki niemieckie – suczki (pierwsza należała do mojej córki, bo chciała być weterynarzem i zresztą jest). Oba psy pożegnałam w wieku dojrzałym, no i teraz mam takiego kurdupelka małego Cockapoo. Jestem bardzie zadowolona z niego i szczęśliwa. Wabi się Toby, przyleciał z Anglii i dostał angielskie imię. Wszystkie psy tresowałam, uczyłam. Znajomi mówią: – „przecież pies to kłopot”. Ja im odpowiadam, że z mężem też czasem jest kłopot (śmiech). Jestem psiarą, kocham psy. A teraz podczas pandemii – dzięki temu, że mam psa, robię dziennie 4-6 kilometrów, zamiast siedzieć w fotelu, nie ruszać się i tyć. Kiedyś miałam kota i psa jednocześnie. Nie z wyboru, ale ktoś mi tego kociaka przyniósł. Doskonale się dogadywali. Powiedzenie, żyć jak pies z kotem, nie znalazło wtedy żadnego sensownego zastosowania. Mogły żyć w idealnej przyjaźni.

A.O. – Ogromnie dziękuję za Pani opowieść. Życzę Pani zarażania innych nieszablonowym życiem. By ta miłość do życia nigdy w Pani nie słabła. Ma Pani tak wiele do zaoferowania innym. I inni – patrząc na Panią – niech połykają życiowego bakcyla bez pamięci.

B.S. – Chciałabym jeszcze coś dobrego zrobić, zakończyć szczęśliwie swoją zawodową pracę…

A.O. – Ale…

B.S. – Nie, nie, jeszcze nie teraz, ale liczę się z tym.

A.O. – Może napisałaby Pani książkę o szkolnych doświadczeniach, może wspomnienia…

B.S.: Kiedyś chciałam to zrobić. Zaczęłam pisać krótkie opowiadania pt.: „Moja mama”. To było za czasów poprzedniej szkoły. Gdy pracuje się z dziećmi, poznaje się różne mamy – te cudowne, genialne, te biedne, zamożne i te niedobre mamy. Bo niestety takie mamy też są i niestety z takimi też miałam do czynienia. Myślę nawet, że niektóre nie powinny być nimi nigdy…

No więc zaczęłam pisać, ale naszła mnie taka refleksja, że zdradzam – choć oczywiście zmieniałam imiona i nazwiska bohaterów – ich życie. I później zwątpiłam, czy to dobry pomysł. Może kiedyś do tego wrócę. Na pewno pisałabym o kobietach. Kiedyś bardzo chciałam napisać książkę o relacji matki z córką. Nie myślałam o swojej córce, ale o mojej mamie, która była cudowna i o mnie. Kochałyśmy się bardzo, ale zdarzało się, że kiedy się pokłóciłyśmy, czy przekomarzałyśmy, mówiłam: – „Zobaczysz, ja to wszystko opiszę. Będziesz czytała i dopiero wtedy wszystko zrozumiesz”. Tak sobie żartowałyśmy. Kiedyś w Empiku zaintrygowała mnie okładka książki, dwie głowy: młodej kobiety i starszej pani – stały odwrócone do siebie. Kupiłam ją. Mama ją przeczytała pierwsza i mówi do mnie: – „Mam dla ciebie złą wiadomość. Książkę, którą chciałaś napisać, już ktoś napisał”. Odeszła mi chęć do pisania.

A.O.: By nie kończyć smutno, nie wspominać, czego nie udało się zrealizować, przywołajmy tegoroczne motto przewodnie: „Nie możemy zmienić kierunku wiatru, ale możemy inaczej postawić żagle”.

B.S.: Jest w tym cytacie drobna nieścisłość. Można inaczej ustawić hals, a żagle zrzucać tylko w ostateczności.

Ważne, by w wielu sytuacjach z humorem popatrzeć na niektóre sprawy. Czasem powiedzieć – mam to w nosie, unikać osób toksycznych, ale zawsze starać się być ludzkim. Trzeba się dużo śmiać, oglądać mądre i głupie filmy, czytać dobre i słabe dowcipy. Po prostu żyć pełną parą.

A.O.: I niech to będą życzenia na rok 2021! Dziękuję za niezapomniane spotkanie i barwną opowieść!